Social demokracja a granica postępu
Nie chcę nikogo obrazić tym co tu napiszę, ot chciałbym zrzucić z głowy pewne intrygujące mnie myśli, pewnie bardzo płytkie, bo nie znam się ani na polityce, ani na biologi, ani na psychologii, za to lubię łączyć różne zasłyszane strzępki informacji w ciekawe (dla mnie) narracje.
Po lekturze rozdziałów na temat psychologi ewolucyjnej ze świetnej książki Rationality from AI to Zombies naszła mnie taka oto refleksja na temat social-demokracji, rozumianej jako systemu gdzie decyduje większość i dba się o zapewnienie godnych warunków każdemu.
Psychologia ewolucyjna, z tego co do tej pory zrozumiałem, to teoria pomocna w wyjaśnianiu dziwnych acz powszechnych zachowań ludzi nie poprzez to jak byli wychowani, nie to czego doświadczyli, nauczyli się, bądź świadomie czy nieświadomie próbują zrobić, ale poprzez czysto statystyczny fakt, że ich dziad i pradziad robili tak samo, a ci którzy nie robili tak samo mieli na tyle mało dzieci, że wyginęli.
Przykładowo, to, że ludzie lubią naginać fakty do własnych przekonań, nie doceniają ryzyka rzadkich zdarzeń, czy podążają za tłumem, wcale nie wynika z jakiejś ich wredoty, głupoty czy słabości, podglądania matki czy fiksacji oralnej tylko po prostu z tego, że ludzie wygrywający debaty na forum wioski, nienapotykający rozwścieczonego borsuka, czy nie opuszczający wioski z byle powodu, po prostu mieli więcej dzieci.
Podobnie, nie trzeba upatrywać powodu dla którego lubimy sex, w niczym innym jak tylko w tym, że ci co go nie lubili wyginęli.
W tym kontekście, skłonność niektórych ludzi (np. moja) do tego by stosować antykoncepcje wydaje się być totalną absurdalną pomyłką i wypaczeniem.
I nie chodzi nawet o tak ekstremalną niechęć, jak (o zgrozo) chęć posiadania mniej niż 2 dzieci (co oczywiście prowadzi do wymarcia).
Wystarczy znacznie subtelniejsza myśl jak "poczekam z założeniem rodziny aż się ustatkuję" - te parę lat opóźnienia oznacza, że Twoją niszę ekologiczną zajmą w tym czasie inni.
Twoje powody mogą być szczytne; jak się dorobię to dziecko będzie miało lepszy start, będzie zdrowsze, pójdzie na lepszą uczelnie, znajdzie ładniejszego/mądrzejszą partnerkę.
Whatever - ewolucja does not give a fuck.
Jej nie obchodzi czy Twoje dziecko jest zdrowe, mądre, czy rządzi światem czy nie.
Szczerze mówiąc nie obchodzi jej nic, bo ona nie myśli i nie planuje wcale.
Chodzi tylko o statystyki: czy i ile Twoich dzieci dożyło wieku rozpłodowego i ile było wnuków.
Jakość nie ma znaczenia.
Oczywiście, jest masa przykładów na to, że optymalną (z tego ewolucyjnego punktu widzenia) dla zwierzęcia strategią wcale nie jest rodzić dzieci na potęgę, tylko skupić się (i swoje zasoby) na jednym czy dwóch, bo jak będzie mieć ich troje, to w efekcie np. wszystkie umrą z głodu czy w bratobójczej walce.
Ale w przypadku ludzi to nie jest tak, że dziecko biedne ma mniejsze szanse dać Ci wnuki.
Dopóki kraj gwarantuje opiekę medyczną, edukację, a jakby tego było mało jeszcze zasiłki, becikowe i wsparcie, tak długo dzieci będą być może cierpieć, być może nie będą miały dostępu do super edukacji, fajnej pracy ani super zdrowia, ale wieku rozpłodowego dożyją.
Możemy się łudzić, że wraz z rozwojem cywilizacji, edukacji, dostępu do antykoncepcji czy lepszego planowania życia/kariery ludzie się opamiętają.
Możemy wierzyć w wydawanie kasy na edukacje seksualną, lekcje przedsiębiorczości czy logiki.
Ale to jest myślenie które w ogóle nie bierze pod uwagę tego jak w niesamowicie nieracjonalny sposób działa psychologia ewolucyjna.
Możemy myśleć, że przy pomocy antykoncepcji zjemy ciastko i będziemy mieć ciastko, sprytnie omijając banalny do obejścia system "wymyślony" przez naturę.
Ha ha, głupia natura premiowała uprawianie seksu zamiast rodzenia dzieci a my ją przechytrzyliśmy i teraz sobie spokojnie zestarzejemy i wyginiemy jak na ludzi z zachodu przystało.
Otóż nie.
Każda taka "racjonalna" osoba robi po prostu miejsce dla osoby (nazwijmy to, nie chcę tu nikogo obrazić) irracjonalnej, która wykorzysta tę niszę.
Wyobraź sobie, że w karykaturalny sposób, że tak jak ileś milionów lat temu "genialnym pomysłem" ewolucji było by ludzie odczuwali radość z uprawiania seksu, może gdzieś teraz powstaje i dobrze prosperuje nowy szczep ludzi, których "dobrą zmianą" jest to, że odczuwają radość na samą myśl o seksie bez zabezpieczenia, lub na widok udostępnianych na fb zdjęć dzieci.
Może Ci się to wydawać głupie, lub przeciwnie - może już dostrzegasz to zjawisko. Nie ma znaczenia. To tylko kwestia czasu i liczb - "life will find the way".
Może Ci się wydawać niemożliwe by ktoś mógł jednocześnie być na co dzień racjonalnym pracownikiem korporacji a "po godzinach" czuć nieracjonalny pociąg do płodzenia dzieci.
Aż do momentu gdy sobie uświadomisz, że Twój pociąg do seksu, czekoladek, czy wygrywania kłótni również nie ma żadnej racjonalnej przyczyny i najpewniej powstał w ten sam sposób i że nikt nie robi wiele szumu w koło tego że można być jednocześnie skutecznym politykiem/menadżerem/whatever ale nie umieć oprzeć się kawie.
Niespójny sposób myślenia to chleb powszedni dla każdego z nas - i wiele z tych niespójności da się wyjaśnić łącząc się psychologi ewolucyjnej z potrzebą do jako-tako sprawnego funkcjonowania.
System będzie dążył do balansu między "pro-choice" i "pro-life" (może to nienajlepsze nazwy?) wprowadzając "na rynek" osoby, które nie podzielają tego samego systemu wartości co "samobójczy myśliciele".
I możemy łatwo wpaść w pułapkę "tłumaczenia" ich zachowania w "przyczynowo-skutkowy" sposób: zwalać ich zachowanie na inną religię, inną narodowość, inne wychowanie, braki w edukacji itp.
Ale prawda jest znacznie prostsza: to statystyka.
I to może hamować nasz postęp technologiczny, cywilizacyjny czy duchowy (no chyba, że wartości takie jak zapewnienie dziecku pieniędzy, edukacji, dobrej pracy i dachu nad głową nie uważamy za "cywilizowane" wartości?).
Mnie to smuci. Ktoś może mnie pocieszać, że to hipotetyczne ekwilibrium między "cywilizacją" a "zacofaniem" nie dotyczy homo-sapiens, bo w odróżnieniu od świata zwierząt, którym rządzi Darwin, naszym rządzi kasa i ludzie z "wyżyn społecznych" po prostu będą lepiej prosperować i nie wyginą tak łatwo, w razie czego po prostu ogrodzą się w swoim Elizjum, zuploadują do internetu, czy co tam robią elyty.
I tu dochodzimy do drugiego członu socjal-demokracji - jest nim demokracja, czyli idea, że liczba głosów odpowiada liczbie potomstwa i, że każda próba pogwałcenia tej zasady jest niemoralna i naprawiana natychmiast.
A zatem S-D daje wybuchowe połączenie dwóch elementów: niwelowania kosztów posiadania potomstwa i tworzenia sprzężenia zwrotnego w systemie podejmowania decyzji.
Zdejmuje zatem zawór bezpieczeństwa z mechanizmu prokreacji i potem jeszcze podgrzewa go reakcją łańcuchową.
Warto sobie zadać pytanie, czy jeśli rodzina decyduje się na dziecko dla 500zł, to czy jest to na pewno odpowiednia rodzina by to właśnie w niej trafił kolejny bobas z bocianiej kolejki.
Nie chcę nikogo urazić, ale czuję, że w interesie dziecka to nie leży.
Po lekturze rozdziałów na temat psychologi ewolucyjnej ze świetnej książki Rationality from AI to Zombies naszła mnie taka oto refleksja na temat social-demokracji, rozumianej jako systemu gdzie decyduje większość i dba się o zapewnienie godnych warunków każdemu.
Psychologia ewolucyjna, z tego co do tej pory zrozumiałem, to teoria pomocna w wyjaśnianiu dziwnych acz powszechnych zachowań ludzi nie poprzez to jak byli wychowani, nie to czego doświadczyli, nauczyli się, bądź świadomie czy nieświadomie próbują zrobić, ale poprzez czysto statystyczny fakt, że ich dziad i pradziad robili tak samo, a ci którzy nie robili tak samo mieli na tyle mało dzieci, że wyginęli.
Przykładowo, to, że ludzie lubią naginać fakty do własnych przekonań, nie doceniają ryzyka rzadkich zdarzeń, czy podążają za tłumem, wcale nie wynika z jakiejś ich wredoty, głupoty czy słabości, podglądania matki czy fiksacji oralnej tylko po prostu z tego, że ludzie wygrywający debaty na forum wioski, nienapotykający rozwścieczonego borsuka, czy nie opuszczający wioski z byle powodu, po prostu mieli więcej dzieci.
Podobnie, nie trzeba upatrywać powodu dla którego lubimy sex, w niczym innym jak tylko w tym, że ci co go nie lubili wyginęli.
W tym kontekście, skłonność niektórych ludzi (np. moja) do tego by stosować antykoncepcje wydaje się być totalną absurdalną pomyłką i wypaczeniem.
I nie chodzi nawet o tak ekstremalną niechęć, jak (o zgrozo) chęć posiadania mniej niż 2 dzieci (co oczywiście prowadzi do wymarcia).
Wystarczy znacznie subtelniejsza myśl jak "poczekam z założeniem rodziny aż się ustatkuję" - te parę lat opóźnienia oznacza, że Twoją niszę ekologiczną zajmą w tym czasie inni.
Twoje powody mogą być szczytne; jak się dorobię to dziecko będzie miało lepszy start, będzie zdrowsze, pójdzie na lepszą uczelnie, znajdzie ładniejszego/mądrzejszą partnerkę.
Whatever - ewolucja does not give a fuck.
Jej nie obchodzi czy Twoje dziecko jest zdrowe, mądre, czy rządzi światem czy nie.
Szczerze mówiąc nie obchodzi jej nic, bo ona nie myśli i nie planuje wcale.
Chodzi tylko o statystyki: czy i ile Twoich dzieci dożyło wieku rozpłodowego i ile było wnuków.
Jakość nie ma znaczenia.
Oczywiście, jest masa przykładów na to, że optymalną (z tego ewolucyjnego punktu widzenia) dla zwierzęcia strategią wcale nie jest rodzić dzieci na potęgę, tylko skupić się (i swoje zasoby) na jednym czy dwóch, bo jak będzie mieć ich troje, to w efekcie np. wszystkie umrą z głodu czy w bratobójczej walce.
Ale w przypadku ludzi to nie jest tak, że dziecko biedne ma mniejsze szanse dać Ci wnuki.
Dopóki kraj gwarantuje opiekę medyczną, edukację, a jakby tego było mało jeszcze zasiłki, becikowe i wsparcie, tak długo dzieci będą być może cierpieć, być może nie będą miały dostępu do super edukacji, fajnej pracy ani super zdrowia, ale wieku rozpłodowego dożyją.
Możemy się łudzić, że wraz z rozwojem cywilizacji, edukacji, dostępu do antykoncepcji czy lepszego planowania życia/kariery ludzie się opamiętają.
Możemy wierzyć w wydawanie kasy na edukacje seksualną, lekcje przedsiębiorczości czy logiki.
Ale to jest myślenie które w ogóle nie bierze pod uwagę tego jak w niesamowicie nieracjonalny sposób działa psychologia ewolucyjna.
Możemy myśleć, że przy pomocy antykoncepcji zjemy ciastko i będziemy mieć ciastko, sprytnie omijając banalny do obejścia system "wymyślony" przez naturę.
Ha ha, głupia natura premiowała uprawianie seksu zamiast rodzenia dzieci a my ją przechytrzyliśmy i teraz sobie spokojnie zestarzejemy i wyginiemy jak na ludzi z zachodu przystało.
Otóż nie.
Każda taka "racjonalna" osoba robi po prostu miejsce dla osoby (nazwijmy to, nie chcę tu nikogo obrazić) irracjonalnej, która wykorzysta tę niszę.
Wyobraź sobie, że w karykaturalny sposób, że tak jak ileś milionów lat temu "genialnym pomysłem" ewolucji było by ludzie odczuwali radość z uprawiania seksu, może gdzieś teraz powstaje i dobrze prosperuje nowy szczep ludzi, których "dobrą zmianą" jest to, że odczuwają radość na samą myśl o seksie bez zabezpieczenia, lub na widok udostępnianych na fb zdjęć dzieci.
Może Ci się to wydawać głupie, lub przeciwnie - może już dostrzegasz to zjawisko. Nie ma znaczenia. To tylko kwestia czasu i liczb - "life will find the way".
Może Ci się wydawać niemożliwe by ktoś mógł jednocześnie być na co dzień racjonalnym pracownikiem korporacji a "po godzinach" czuć nieracjonalny pociąg do płodzenia dzieci.
Aż do momentu gdy sobie uświadomisz, że Twój pociąg do seksu, czekoladek, czy wygrywania kłótni również nie ma żadnej racjonalnej przyczyny i najpewniej powstał w ten sam sposób i że nikt nie robi wiele szumu w koło tego że można być jednocześnie skutecznym politykiem/menadżerem/whatever ale nie umieć oprzeć się kawie.
Niespójny sposób myślenia to chleb powszedni dla każdego z nas - i wiele z tych niespójności da się wyjaśnić łącząc się psychologi ewolucyjnej z potrzebą do jako-tako sprawnego funkcjonowania.
System będzie dążył do balansu między "pro-choice" i "pro-life" (może to nienajlepsze nazwy?) wprowadzając "na rynek" osoby, które nie podzielają tego samego systemu wartości co "samobójczy myśliciele".
I możemy łatwo wpaść w pułapkę "tłumaczenia" ich zachowania w "przyczynowo-skutkowy" sposób: zwalać ich zachowanie na inną religię, inną narodowość, inne wychowanie, braki w edukacji itp.
Ale prawda jest znacznie prostsza: to statystyka.
I to może hamować nasz postęp technologiczny, cywilizacyjny czy duchowy (no chyba, że wartości takie jak zapewnienie dziecku pieniędzy, edukacji, dobrej pracy i dachu nad głową nie uważamy za "cywilizowane" wartości?).
Mnie to smuci. Ktoś może mnie pocieszać, że to hipotetyczne ekwilibrium między "cywilizacją" a "zacofaniem" nie dotyczy homo-sapiens, bo w odróżnieniu od świata zwierząt, którym rządzi Darwin, naszym rządzi kasa i ludzie z "wyżyn społecznych" po prostu będą lepiej prosperować i nie wyginą tak łatwo, w razie czego po prostu ogrodzą się w swoim Elizjum, zuploadują do internetu, czy co tam robią elyty.
I tu dochodzimy do drugiego członu socjal-demokracji - jest nim demokracja, czyli idea, że liczba głosów odpowiada liczbie potomstwa i, że każda próba pogwałcenia tej zasady jest niemoralna i naprawiana natychmiast.
A zatem S-D daje wybuchowe połączenie dwóch elementów: niwelowania kosztów posiadania potomstwa i tworzenia sprzężenia zwrotnego w systemie podejmowania decyzji.
Zdejmuje zatem zawór bezpieczeństwa z mechanizmu prokreacji i potem jeszcze podgrzewa go reakcją łańcuchową.
Warto sobie zadać pytanie, czy jeśli rodzina decyduje się na dziecko dla 500zł, to czy jest to na pewno odpowiednia rodzina by to właśnie w niej trafił kolejny bobas z bocianiej kolejki.
Nie chcę nikogo urazić, ale czuję, że w interesie dziecka to nie leży.